poniedziałek, 25 lipca 2016

Do you remember... Rozdział 12

 Hej kochani!
Ja wróciłam. Powiem wam tyle było MEGA. Powiem wam tyle takie wypady zbliżają ludzi. 
No ale cóż trzeba wrócić do szarej, nudnej rzeczywistości.
Rozdział wyszedł dennie. Moim zdaniem nic konkretnego się tam nie dzieje, ale coś mi mówiło, żeby to napisać.
Nie przedłużając zapraszam do czytania i komentowani, a ja idę nadrabiać do was.
 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

*****
Chyba nie ma na świecie osoby, która nie chciała by odnaleźć drugiej połówki. Niektórzy zapierają się rękami i nogami mówiąc "Bycie singlem jest super.", "Nie potrzeba mi do szczęścia mężczyzny czy kobiety." Te osoby nie wiedzą co mówią, bo gdzieś w głębi siebie potrzebują osoby do której mogą się przytulić, dzielić z nią czas, budzić się przy niej każdego ranka, osoby z którą mogą dzielić życie. Tak było ze mną. Do niedawna myśl o związku z mężczyzną mnie przerażała, ale ostatnio coś się zmieniło. Pojawiło się pragnienie, takie nikłe pragnienie posiadania rodziny. Nie wiem ile czasu mi zostało. Czasami zastanawiam się czy zdążę. Czy zdążę poznać osobę, z którą zapragnę żyć do śmierci. Czy zdążę poznać to uczucie jakim jest świadomość noszenia pod sercem owocu miłości, prawdziwej miłości. Nie takiej na jedną noc, ale takiej, która przetrwa nawet odejście drugiej osoby na wieczności.
Coraz częściej przyłapywałam się na takim myśleniu. Nie wiem czym to było spowodowane. Może tym, że za jakiś rok stuknie mi trzydziestka i będzie przesądzone, że zostanę starą panną, a może tym, że pojawiła się w moim życiu osoba, która stała się dla mnie wszystkim?
Zdawałam sobie wiele pytań, ale na część z nich nigdy nie uzyskam odpowiedzi.
  -Naleśniki ci się palą! -z myślowego otępienia wyrwał mnie krzyk Sam.
  -Co? -spytałam i spojrzałam na zawartość patelni w mojej ręce. -Cholera. -zaklnęłam pod nosem. Zwęgloną zawartość wyrzuciłam do kosza. Kolejny raz przez moje myślowe odpływy zniszczyłam danie. Wczoraj kurczak, a dzisiaj naleśniki. Nie wiem co się dzieje. Przymierzyłam się do ponownego usmażenia placka. Moja przyjaciółka przyglądała się moim poczynaniom i nic nie mówiła. -Głodna? -spytałam stawiając przed nią stosik złocistych naleśników. Nie wydobywała z siebie ani słowa, co było dziwne w jej wypadku. Nałożyła sobie porcję. Powoli zaczęło mnie irytować jej zachowanie. -Powiesz mi o co ci chodzi?
  -O nic. -odpowiedziała. Gmerała widelcem w naleśniku. -Równie dobrze mogłabym się zapytać ciebie czy wszystko w porządku.
  -Mnie?
  -Nie, sąsiadkę. -użyła swojego sarkazmu.
  -Dobra, skoro tak bardzo chcesz wiedzieć to ze mną wszystko jest jak najlepiej.
  -Kłóciłabym się. -ta rozmowa zaczęła mnie powoli drażnić. Zawsze odpowiadała prosto z mostu. Bez żadnych zagadek czy tym podobnych. A dzisiaj? Dzisiaj przechodziła samą siebie. Zastanawiam się czy przypadkiem okresu nie dostaje.
  -Mogłabyś mi powiedzieć o co ci chodzi?
  -O nic.
  -Więc wytłumacz mi dlaczego zadajesz mi takie pytania.
  -Moje pytania są normalne. -uśmiechnęła się chytrze.
  -Właśnie. Z tego co pamiętam to ty normalna nie jesteś. -mniej więcej tak wyglądała większość naszych rozmów.
  -Twój mąż będzie miał niezwykłą żoneczkę. -ona chyba musiała coś brać. Nie wiem co Paul jej podaje, ale musi być dobre skoro tak bredzi.
  -Najpierw to muszę znaleźć faceta bez wymagań.
  -Od razu bez wymagań. Mam dla ciebie jedną radę. Otwórz oczy bo twój książę jest bliżej niż myślisz.
  -Ale że Michael?!
  -A czy ja mówię, że Michael? -uśmiechnęła się chytrze.
  -Może od razu Will, co?
  -No bardziej to byś pasowała do opcji numer jeden. -ta kobieta czasami mnie przeraża. Spojrzałam się na nią z niemałym zdziwieniem. -Ja ci tylko uświadamiam..
  -Dobra, dobra ty mi już niczego nie uświadamiaj. -przerwałam jej. Nie byłam w nastroju do wysłuchiwania uwag przyjaciółki. -Z tego co pamiętam jesteś z kimś umówiona.
  -Jak kocha to poczeka, a tak poza tym to mam pozwolić byś znowu zamknęła się na cały dzień w swojej pracowni?
  -Nie siedzę tam całymi dniami. -może jednak ma racje. Zdarza mi się zamknąć w tym pokoiku na 3/4 dnia. -Tak w ogóle Paul wspominał, że musi ci kogoś przedstawić. -zmieniłam zgrabnie temat i już wiedziałam jak się jej pozbyć. Nie mówiłam jej, że pozna swoją przyszłą teściową.
  -Już ja mu dam kogoś poznać. -gwałtownie wstała od stołu i rzuciła się do ubierania żakietu. Ta jej zmiana nastrojów jest czasem dobijająca -Pamiętaj nie siedź za dużo przy maszynie bo oślepniesz.
  -Dobrze mamusiu. -zostałam sama. Szybko posprzątałam po obiedzie, a następnie zasiadłam przed stolikiem na, którym czekał już prawie skończony strój. Zastanawiałam się co chciała osiągnąć tą dziwną rozmową bez ładu i składu. Sam ma bardzo złożony umysł i po tylu latach przyjaźni i życia jak w starym małżeństwie dalej nie rozumiem jej zachowania.
Kolejne popołudnie spędziłam przy maszynie do szycia. Na przemian z przewlekaniem nici rozmyślałam o moich uczuciach. Rozmyślanie o tym co czuję było dla mnie nowością. Nigdy nie miałam takiej potrzeby. Może było to spowodowane tym, że skutecznie zbywałam mężczyzn i żyłam przekonaniem "po co mi facet do szczęścia, jestem samowystarczalną kobietą". Na myśl o pewnej osobie robiło mi się miło na sercu, uśmiech nie schodził z twarzy, a w brzuchu czułam delikatne łaskotanie. Wytłumaczeniem na to może być to, że się starzeję, albo to bardziej prawdopodobnie, że szczeniacko się zauroczyłam. To chyba była nawet prawda. Jednak cały czas krążyła gdzieś tam w środku myśl, że się nie nadaję, że za parę dni mi przejdzie i wszystko będzie jak kiedyś. Może nie do końca jak dawniej, ale zawsze będę starała się żyć dalej.
Już miałam wykańczać kurtkę, gdy niespodziewanie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. No już człowiek nie może w spokoju popracować. Przeklinałam w duchu strudzonego wędrowce, który mnie odwiedził. Zamaszystym ruchem otwarłam drzwi. Zmrużyłam oczy, gdy światło słoneczne niespodziewanie mnie oślepiło.

sobota, 9 lipca 2016

Do you remember... Rozdział 11

 Hej kochani! 
Tak jak obiecałam notka jest dzisiaj, czyli przed niedzielą. 
W związku z tym, że jutro wyjeżdżam notek nie będzie przez dwa tygodnie. Nie znaczy to, że komentarze się u was nie pojawią.
I pomyśleć, że rok temu na tym samym obozie spotkałam inną fankę Michaela, ale był ubaw. 
Niektóre osoby zabiją mnie za tą notkę. Tak mowa tu to tobie Jelonku (jak to czytasz) i paru innych osobach.
Nie przedłużając zapraszam do czytania i komentowania. A anonimowcy wiecie co macie robić?
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 *****

Ostatnio jakby częściej się uśmiecham. Nawet Sam to zauważyła, a myślałam, że ona nie zwraca uwagi na nic co nie jest związane z imprezowaniem. Mam wrażenie, że unoszę się nad ziemią i nawet deszcz nie zmąci mojego radosnego spojrzenia na świat. Zastanawiające jest dzięki komu tak się dzieje, bo jeszcze niedawno chodziłam przygaszona. Ta osoba coraz częściej "zatruwa" moje myśli. Czasami nie czekam na nic innego tylko na osobę o kruczoczarnych włosach i sarnich oczach, które tak uwielbiam. Wystarczy, żeby się pojawił i jak ręką odjął znikają wszystkie zmartwienia. Tak, tak właśnie czuję się przy Michaelu. Sama jego obecność sprawia, że czuje się bezpieczniej, a gdy ma wrócić do siebie chciałabym zatrzymać go przy sobie. To jest trochę samolubne, ale to nie moja wina, że on tak działa na ludzi. Ma coś w sobie co przyciąga każdego...
  Siedziałam pochylona przy maszynie do szycia i jak zawsze musiałam odlecieć na chwilę z moimi myślami, co spowodowało, że źle zszyłam materiały. Nic innego do roboty dzisiaj nie miałam, a wypadało by wziąć się za strój. Mam o tyle dobrze, że mogę pracować w domu. Ponownie wstawiłam w ruch igłę, która tym razem nie zrobiła mi psikusa. Sięgnęłam po klamry, aby je doszyć i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że ktoś stał przed drzwiami mojej mini pracowni.
  -Mówiłam ci, żebyś go nie przyprowadzał. -to z pewnością była Sam. Mówiła lekko ściszonym głosem, jakby się bała, że ktoś ją usłyszy.
  -Nie moja wina, że gdy usłyszał, że do ciebie idę to się musiał przyczepić. -tak to był Paul i ewidentnie kłócili się ze sobą. Odłożyłam nożyce na bok i dalej przysłuchiwałam się ich rozmowie.
  -To nie trzeba było opowiadać mu Jenn. -teraz nie rozumiałam o co chodzi, ale wydawało mi się, że ta dwójka zakochańców wrobiła mnie w niezłe bagno.
  -Sama mówiłaś, że potrzeba jej faceta.
  -Ale nie miałam na myśli twojego brata. -albo mi się wydawało, albo jednak dobrze wywnioskowałam, że chcą mnie z kimś zeswatać. -Ona prawdopodobnie już kogoś sobie znalazła.
  -Właśnie. Prawdopodobnie, a może będą ze sobą.
  -To powiedz mi, Jenn będzie, którą z kolei? -Paul się chyba zapowietrzył, bo dość długo zwlekał z odpowiedzią.
  -Czwartą. -pomimo tego, że szeptali powiedział to naprawdę cicho. Stwierdziłam, że wypadało by podejść w końcu do tych drzwi.
  -Czwartą w tygodniu? -spytała Sam z wyczuwalną kipną w głosie.
  -W miesiącu. -odpowiedział jej chłopak, który zapewne był skruszony. Gdyby tylko wiedzieli, że stoję tuż koło nich z uchem przyklejonym do drzwi.
  -Oni do siebie nie pasują. -stwierdziła stanowczo moja przyjaciółka, a ja coraz bardziej nie potrafiłam pohamować śmiechu.
  -Weź. Sami. -zaczyna zdrobniale mówić to znaczy, że jest źle. -Co im szkodzi spróbować?
  -A to, że przez twojego durnego brata na pewno będzie cierpieć. I nie mów do mnie Sami.
  -Jeszcze nawet nie spróbowali ze sobą, a co ja się ciebie pytam. Jenn sama zdecyduje. -chyba trzeba wkroczyć do akcji.
  -O czym mam zdecydować, Sami?  -po otwarciu drzwi stanęłam przed nimi uśmiechnięta. Oparłam się o framugę.
  -Tylko nie Sami. -oj tak, ona nie lubi gdy się na nią tak mówi. -Z czego się cieszysz?
  -Nie cieszę tylko śmieję z was. A tak poza tym to dlaczego szepczemy? -spojrzeli na siebie.
  -Bo nie chcemy, żeby mój brat nas usłyszał.
  -A dlaczego nie chcemy by usłyszał?! -wydarłam się, wcale nie specjalnie.
  -Ćśś... -uciszyli mnie. Jak ja lubię ich wkurzać. -Mogłabyś zejść i usiąść z nami?
  -Mogłabym, ale nie chce mi się.
  -No proszę. Moje pudełko lodów jest twoje.
  -Dwa czekoladowych i robisz zakupy przez tydzień.
  -Umowa stoi. -podałam dziewczynie rękę na znak zgody. Uwielbiam się z nią targować. Nie miałam ochoty siedzieć tam na dole z nimi, bo z tego co zdążyłam usłyszeć to facet nie ma co u mnie szukać. -Ej czy to nie koszula Michaela?

wtorek, 5 lipca 2016

Do you remember... Rozdział 10

 Hej kochani!
W końcu udało mi się napisać. Trzy razy zmieniałam ten rozdział i wszystko pisałam od nowa i wiecie co? Pierwsza wersja była chyba najlepsza, ale ta też jest niczego sobie.
Notka byłaby wcześniej, ale zdałam sobie sprawę z kilku rzeczy. Jedną z nich było uświadomienie sobie, że wypadałoby zacząć pakować się na obóz. Spokojnie do niedzieli powinnam coś wstawić. Dopadł mnie tydzień przemyśleń i tak sobie myślałam nad istotą bycia człowiekiem. Tak wiem powinnam iść się leczyć, a was zanudzam. No ale nie moja wina, że czasami potrzebuję się wygadać.
Nie przedłużając zapraszam do czytania i komentowania.
A anonimowcy wiedzą co mają robić czy im przypomnieć?
 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 *****

Dylemat towarzyszy człowiekowi przez całe życie. To właśnie on sprawia, że podejmujemy decyzje. Czasami dobre, ale też takie za które musimy ponieść konsekwencje. Często myślimy, że dana decyzja jest dobra, bo idziemy tą samą ścieżką, którą nam ktoś już przetarł, ale czy nie lepiej rzucić się na głęboką wodę i czekać. Czekać na to co ma być.
Stałam przed dębowymi drzwiami, a w duchu prowadziłam konflikt wewnętrzny. Zastanawiałam się, czy się  wycofać póki czas, ale nie będę tchórzem. Już raz stchórzyłam i nie popełnię tego błędu ponownie. Michael patrzył na mnie nietęgą miną, jakby się bał, że to nie był najlepszy pomysł.
  -Uśmiechnij się. -posłałam mu lekki uśmiech, który odwzajemnił. -Od razu lepiej. -skwitowałam.
Drzwi się otworzyły i przywitała nas niska czarnoskóra kobieta.
  -Michael kochanie nareszcie jesteś. -przytuliła go serdeczni, całując w policzek. Na ten widok zrobiło mi się ciepło w sercu, a w oku zakręciła się łza. Przecież nie ma nic piękniejszego na świecie niż miłość matki do dziecka -Nie przedstawisz mi swojej znajomej?
  -Przecież ty już ją znasz... -przeniosła wzrok na mnie. Momentalnie jej oczy się rozszerzyły, jakby zobaczyła ducha.
  -Dzień dobry Katherine. -przywitałam się nieśmiało. Podeszła do mnie przykładając mi dłoń do policzka.
  -Dziecko jak ty wyrosłaś. Tyle lat cię nie widziałam. -zamknęła mnie w swoim matczynym uścisku. Wtuliłam się w jej ramię. Oderwała się ode mnie ocierając łezkę z policzka. -My tu sobie gadu gadu, a Jermanie umiera z ciekawości kogo nasz Michael przyprowadzi. -wyobraziłam sobie reakcje mężczyzny, na co uśmiechnęłam się w duchu. Kobieta zaprosiła nas do środka. Miło było poczuć ten klimat, który towarzyszył mi w dzieciństwie. Weszliśmy do salonu, w którym siedziała już cała rodzinka. Na kanapie siedzieli oni. Ostatni raz ich widziałam jak byli w młodzieńczym wieku. Niby dorośli, ale wciąż tacy sami. Byli zajęci rozmową między sobą, więc nie zwrócili na nas najmniejszej uwagi.
  -Ej patrzcie Michael przyprowadził swoją... -Jackie urwał w pół słowa gdy podniósł na mnie wzrok. Momentalnie wszyscy bracia utkwili swoje spojrzenia we mnie, a ich szczęki minimalnie opadły w dół.
  -Jennifer? -spytali chórkiem.
  -Nie, święty Alojzy. -po tych słowach chyba już uwierzyli, że duchem nie jestem.
  -Stara Jenn wróciła! -wykrzyczał Marlon. Przez salon przeszedł serdeczny śmiech, którego mi tak brakowało. Ze schodów dało się słyszeć ciche chichoty. Zapewne dziewczyny schodziły na dół.
  -Kto taki wrócił? -spytała LaToya wchodząc do pokoju. Na mój widok się uśmiechnęła i już miała do mnie podchodzić by mnie uściskać, gdyby nie fakt, że ktoś ją wyprzedził. Przed oczami mignęła mi tylko ciemna czupryna Janet i już po chwili byłam w jej objęciach.
  -Fajnie cię widzieć na trzeźwo. -wyszczerzyła się do mnie. -Mam później do ciebie pewną sprawę. -wyszeptała mi na ucho.
  -Jeżeli będę mogła to pomogę.
  -Oj będziesz mogła. -w salonie siedzieli już wszyscy no prawie wszyscy. Brakowało Rebbie i oczywiście człowieka, którego nie znosiłam odkąd pamiętam. Tak, dobrze myślicie mówię tu o Josephie. Nigdy go nie znosiłam, zresztą z wzajemnością. Myślał, że nie wiedziałam co robił chłopakom, oni też o tym nie wiedzą. Jak na małą dziewczynkę prowadziłam akcję dywersyjne i starałam się robić wszystko by obrywało im się jak najmniej. Oczywiście nikt nie wiedział o moich działaniach, a oni sami się nie zorientowali. Robiłam tak dopóki się nie przeprowadziliśmy. Przez pierwszy miesiąc utrzymywałam z chłopakami kontakt i czułam, że nie dzieje się najlepiej. Można nawet powiedzieć, że najbardziej troszczyłam się o Michaela, a niektórzy doszukiwali się szczenięcej miłości i może naprawdę tak było...
W pewnym momencie zapadła grobowa cisza, a przyczyną tego był osobnik stojący w futrynie.
  -Patrzcie, patrzcie. -zmierzył Michaela wzrokiem. Nie wiem czemu, ale instynktownie przysunęłam się bliżej Mike'a. -Czyżby syn marnotrawny powrócił? -te mordercze spojrzenie i kąśliwy język jak u węża,  pod tym względem pan Jackson się nigdy nie zmieni. -W końcu przeprowadziłeś "koleżankę", która i tak leci na twoją kasę? -przeniósł swój wzrok. Automatycznie wszystkie mięśnie mojego ciała się napięły. Nie powiem, że nie ale miałam mu ochotę przyłożyć. Prawdopodobnie było spowodowane to tym, że jego twarz działała jak magnez na pięści. Jakie było jego zdziwienie kiedy rozpoznał we mnie tą małą, smarkatą Jennifer, tylko był jeden szkopuł. Tej dziewczynki już nie ma. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, a na jego twarz wstąpił drwiący uśmiech. -Kogóż to moje stare oczy widzą. -czy tylko ja wyczułam w tym kpinę. Wszystkie spojrzenia były utkwione w naszą trójkę. -Nie przywitasz się ze mną? -poniósł jedną brew.

niedziela, 26 czerwca 2016

Miniaturka 1

 No witam was kochani!
Przybywam do was z czymś. No właśnie z czym.
 Rozdział to to nie jest. Musicie na niego jeszcze troszkę, ale tylko troszkę poczekać. To jest forma mojego podziękowania. Za co? A no za to, że chce wam się czytać moje marne bazgroły. Ja może nie będę się rozwodzić nad tym za długo, bo to jest długie w trzy i trochę.  Zdjęcia nie zawsze są adekwatne do opisu.
Moim zdaniem marnie to wyszło. Eh... Ale to tylko moja opinia. 
Więc zapraszam do czytania i komentowania, a anonimowcy wy wiecie co ;)
Wecia
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



"Kopciuszek"

Stoję przed lustrem w białej sukni... Nie powiem, że nie ale nawet całkiem niezła ze mnie
panna młoda. Za jakieś piętnaście minut stanę na ślubnym kobiercu na przeciwko mojego męża... Boże męża jak to pięknie brzmi... Chociaż mężem to on będzie za kwadrans. Jestem Rozalia Annabeth Cortez, a za niedługo Jackson. To nie jest żart, a dzisiaj nie mamy prima aprilis., więc jeżeli pomyśleliście o tym Jacksonie to macie rację. Mam zostać żoną człowieka, który zawładnął sceną muzyczną, który jest niekwestionowanym Królem popu, człowieka, który darzy niezwykłą miłością ten świat jak i jego najmłodszych mieszkańców, człowieka, który jest jak każda inna osoba stąpająca po tym świecie, człowieka, który odkrył kim naprawdę jestem. Zostało mi niewiele czasu, a ja miałam wam opowiedzieć historię. Historię mojego życia, historię współczesnego kopciuszka...

Kwiecień 1985
  -Rose, gdzie moja maseczka z ogórków? - tak, to moja ciotka Octavia... Wróć Octavia Cecilia Elizabeth Gabrielle II Cortez. Kobieta, która perfidnie przywłaszczyła sobie majątek moich zmarłych rodziców. Kim byli moi rodzice? Byli śpiewakami operowymi, którzy zginęli w katastrofie helikoptera. I w taki oto sposób zostałam sama na świecie. -Rose ile mam cię wołać? Za co ci ja płacę? -przecież ona mi  w ogóle nie płaci. -Masz szczęście, że cię jeszcze nie wyrzuciłam. Gdybyś nie była córką mojego durnego brata Antonia już dawno byś wyleciała na bruk.
  -Już idę ciociu.
  -Ile razy mam ci powtarzać nie mów do mnie ciociu, tylko pani Cortez! -niebiosa dajcie mi siłę. Jestem pokojówką we własnym domu. Genialne! Niosłam tej jędzy maseczkę z ogórków i koperku, żeby miała gładką skórę...
  -Tak jest. -odpowiedziałam, gdy tylko stanęłam obok niej.
  -Nałóż. -ja błagam wszystko tylko nie to. Tylko nie nakładanie tej papki na tą jej pomarszczoną twarz. -Na co czekasz?! Bierz się do roboty, bo i tak nic nie robisz. Tylko się obijasz caly dzień! -tak ja się obijam, a te jej córeczki odwalają całą robotę...
  -Mamo! Nie mam co na siebie włożyć. -można się zakrztusić powietrzem? Bo ja to właśnie zrobiłam. Ona nie ma co na siebie włożyć? A połowa jej pokoju to garderoba.
  -Córciu, ty we wszystkim wyglądasz pięknie. Zajrzyj do pudełka pod łóżkiem, a po szkole wybierzemy się na zakupy.
  -Jej... -klasnęła z satysfakcją w dłonie i wyszła z pokoju. To była Madeline. Typowa blondynka, która jest tapeciarą i ubiera się jak te spod lampy. Na każdym kroku stara się mi dokuczyć, ośmieszyć i ubliżyć. Oczywiście nie przyznaje się do tego, że jesteśmy spokrewnione. Wróciłam do przerwanej mi czynności...
   -Mamooo! -tym razem Dorothy. -Mam pogniecione ubrania.
  -Rose zajmij się tym. -druga z sióstr wcisnęła mi w ręce stertę swoich ubrań. Udałam się do pralni wykonać powierzoną mi czynność. Zanim zwróciłam ubrania właścicielce dostałam jeszcze z dwadzieścia rzeczy do zrobienia. Wykończona oddałam ubrania Dorothy. Taaak... Jest początek dnia, a ja już padam z nóg. Chyba ustanowiłam swój nowy rekord w jak najszybszego męczenia się pracą. Wróciłam do mojego błękitnego pokoju, który jako jedyne pomieszczenie w tym domu nie zmieniło się od śmierci rodziców. Łóżko stojące pod ścianą nienagannie pościelone. Biurko pod oknem, dywan pasujący do ścian, jakaś sosnowa komoda i szafa. Mój mały świat. Z szafy wyciągnęłam jakieś jeansy, bluzkę nie rzucającą się w oczy, a do tego szafirowy naszyjnik w kształcie serca. Dostałam go w spadku po mamie, a ona go od babci, a babcia...sami wiecie. Pamiątka od pokoleń. Wzięłam do ręki plecak. Ostatni raz omiotłam wzrokiem moją małą samotnie i ruszyłam w stronę wyjścia, aby następnie skierować się na przystanek autobusowy. Gdy doszłam na miejsce czekała na mnie moja przyjaciółka Caroline. Sympatyczna brunetka, która jest największą fanką Michaela Jacksona jaką znam.
  -Hej! -wykrzyknęła w moją stronę i rzuciła mi się na szyję.
  -Hej. Bo mnie udusisz...
  -Co tam u ciebie?
  -Tak jak zwykle. Rose tamto, Rose siamto, Rose paznokieć mi się złamał i takie tam.
  -Jak ty z nimi wytrzymujesz? Ja po pięciu minutach miałabym dość tych plastikowych siks.
  -To się nazywa przyzwyczajenie. -zachichotałyśmy. Roześmiane wsiadłyśmy do autobusu. W takich też humorach weszłyśmy do szkoły. Carol stanęła jak wryta. Wyglądała jakby zobaczyła ducha. Ścisnęła mnie za rękę, że ta zrobiła się biała.
  -Sprawdzian z historii. -położyła mi ręce na ramionach. -błagam powiedz, że umiesz cokolwiek.
  -Tak umiem. -spojrzała na mnie błagalnie. -I kolejny raz uratuje ci tyłek.
  -Jesteś wielka.
  -Ej, ja się jeszcze mieszczę się w drzwiach. -zachichotałyśmy ponownie i udałyśmy się pod salę historyczną. Dzwonek zadzwonił, nauczyciel przyszedł, sprawdziany rozdał, a ty jako szkolne dziecko masz go napisać. Czas mijał i dziwnym trafem lekcje kończyły się równie szybko jak zaczynały. Podczas przerwy obiadowej na korytarzu zrobił się ogromny tłok. Do moich uszu dolatywały piski, krzyki i wiwaty.
  -Carol nie wiesz co tu się dzieje? -zagadałam do przyjaciółki.
  -To ty nie wiesz? -pokręciłam głową. -A ja ci przypadkiem nie mówiłam?
  -Nie.
  -Bo dzisiaj do naszej szkoły przychodzi... Po prostu nie uwierzysz... No więc przychodzi Michael Jackson!!! -wywrzeszczała mi do ucha.
  -I o to tyle krzyku, że jakiś tam Michael Jackson postanowił odwiedzić naszą szkołę?
  -Nie jakiś tam tylko...
  -Skończ. Proszę
  -Ale myślałam, że się ucieszysz jak ja. Przecież lubisz słuchać jego utworów.
  -Tak lubię. Część mnie się cieszy. Niestety z drugiej strony będę miała przekichane.
  -A to czemu?
  -Moja ciotka nie przepuści okazji, żeby za zięcia mieć tego oto tam pana. -wskazałam dyskretnie na postać w kapeluszu. -Znając życie zaprosi go do nas, a mi pozostanie usługiwanie jemu, jak i mojej rodzince. Madeline będzie się do niego przystawiać. Zresztą Dorothy pewnie też... A poza tym skąd możesz wiedzieć, że nie jest zadufaną w sobie gwiazdką?
  -Poznałaś go? Nie. Więc może być zupełnie inny. Założę się, że nawet jeżeli by te dwie blondyny się do niego przedstawiały to je oleje i zainteresuje się twoją osobą.
  -Kim ja niby jestem, żeby się mną interesować? Jestem tylko zwykłą służącą, która prawdopodobnie będzie mu usługiwać.
  -Co to to nie. -pomachała mi palcem przed nosem. -Jesteś Rozalia Cortez, prawie dwudziestoletnia córka Antoniego i Adrianny Cortez, która jak rodzice jest utalentowana muzycznie, a tym bardziej tanecznie. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, która potrafi dobrze radzić w każdej sytuacji. Wiesz co? To te dwie powinny się przed tobą płaszczyć i ci usługiwać. A teraz proszę idziemy na ostatnią lekcję jaką są zajęcia z rysunku i zgarniasz kolejną piątkę za swoje dzieło.
  -Ty wiesz jak mnie pocieszyć. -złapałam ją pod rękę i ruszyłyśmy w stronę sali plastycznej w podskokach. Usiadłyśmy w ostatniej ławce pod oknem. Zaczęłam wyciągać przybory z plecaka. Do klasy weszła pani Roberts.
  -Dzień dobry. Siadajcie. Na dzisiejszych zajęciach nie będziecie malować krajobrazów jak to było ustalone... -a miałam już pomysł na mój rysunek. -Macie 60 minut na namalowanie portretu naszego gościa. Zapraszam panie Jackson. -do sali wszedł mężczyzna. Na oko 27 lat chociaż wygląda na mniej. Piękny uśmiech, kruczoczarne, kręcone włosy opadające na ramiona i oczy... Sarnie oczy w których można by utonąć. Po przyjrzeniu się przybyszowi wróciłam do przerwanej mi czynności, a mianowicie szukania węgla kreślarskiego. -Technika dowolna. Najlepsza praca otrzyma szóstkę. -przez pomieszczenie przeszedł szmer. Oczy wszystkich dziewczyn były zwrócone na środek sali, gdzie stał nasz gość. Miałam wrażenie, że wszystkie naraz zemdleją, albo co gorsza zaczną krzyczeć. Osobiście nie interesowała mnie jego postać, chociaż...te oczy. Rose!

niedziela, 19 czerwca 2016

Do you remember... Rozdział 9

 No hej kochani!
No i masz w końcu dotarłam. Takie miałam tyci problemy techniczne o nazwie rodzeństwo, ale jestem. Jestem na tyle genialna, że kłócę się z panią weną, ale spokojnie. Nie w tym sensie co myślicie. Po prostu mam tysiące pomysłów na minutę. I mam parę sytuacji do opowiadania w zanadrzu.
Jak dobrze pójdzie i nie rozleniwię się na dobre to następny rozdział powinien się pojawić. A jak nie to mam przygotowanego asa w rękawie na sobotę. Taki suprajsik.
Nie przedłużając zapraszam do czytania i komentowania, a anonimowcy wiecie co macie zrobić :D

Wecia
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 *****

Co jest przelotne jak życie? W jednej chwili jest, by w drugiej zniknąć do innej osoby? Czy to nie przypadkiem szczęście? Właśnie tak z nim jest. Powinno się nim cieszyć kiedy nas odwiedza, bo kto wie ile z nami zostanie. Niektórzy martwią się, że bo porażce nigdy już nie będą mieli tego daru. I właśnie takich ludzi nie rozumiem. Od wczoraj jestem cała w skowronkach. Nawet Sam to zauważyła, gdy pozbyła się swojego kaca. Jak ona to ujęła "to teraz z górki do miłości"? Co miała na myśli mówiąc coś takiego. Nie raczyła mi tego wytłumaczyć, tylko wybyła gdzieś z Paulem. Przeczucie mi mówi, że niedługo będą najszczęśliwszą parą na kuli ziemskiej. Nie to co ja... Właśnie wtedy pomyślałam o Michaelu. Cieszę się, że ta cała sytuacja skończyła się tak, a nie inaczej. On ma niezwykle dobre serce, ale niestety może się na tym kiedyś przejechać i źle się to skończy. A tak właściwie ciekawe co teraz porabia. Zresztą co on może robić? Z pewnością siedzi w studio i nagrywa. Wczoraj wieczorem do mnie zadzwonił. Pogadaliśmy chwilę, opowiedział jak to u niego wygląda ta cała praca nad płytą, a skończyło się na tym, że streściłam mu ostatnie lata mojego życia. Że też nie zasnął podczas tej jakże ciekawej historii. Myślę, że teraz powinno być już wszystko dobrze. No jakbym jeszcze nie wyglądała jak zombi to by było spełnienie marzeń. Pół nocy siedziałam do pracowywując projekt dla Michaela. Dla tego efektu było warto się poświęcić. Jeszcze czeka mnie wykonanie tego wszystkiego, ale na papierze wygląda to super. Już nie mogę się doczekać wyboru odpowiedniego materiału. Znając życie już dawno siedziałabym w sklepie i dobierała fakturę materiału. Niestety na mojej drodze stanęły dwie rzeczy. Pierwsza: nie mam ściągniętych odpowiednich miar. Druga: facet od ściągania miar się rozchorował. Więc dzisiaj to ja się tym zajmuję i mam dość. Wysiadam psychicznie. Ja rozumiem klient nasz pan w ogóle, ale bez przesady. Szkoda, że nie wzięłam stoperów, ale teraz przy najmniej wiem kto z kim, gdzie i kiedy. I te ich narzekanie na to, że muszą stać bez szpilek, boso na lekkim podniesieniu. Jednak nawet jeśli bym wzięła je wszystkie do kupy to i tak nie miałyby szans z blond landryną, która stała przede mną.
  -Ałć! -krzyknęła, gdy chciałam przyszpilić odstający materiał jej sukienki.
  -Proszę pani, jeszcze nawet nie zaczęłam.
  -To lepiej zacznij, bo nie mam całego dnia na takie niedojdy jak ty. -schyliłam się do jej
stóp chcąc zaznaczyć nadmiar materiału na podszewkę. -Naprawdę skąd wy się bierzecie. Niby tacy wielcy projektanci, a ubieracie się gorzej niż bezdomni. -przegięła, tym razem blondyna przegięła. Miałam taką ochotę walnąć w tę jej pudrowaną buźkę. Ja naprawdę nie wiem co faceci w niej widzą. No ładna to ona jest, tak więc urodą nie grzeszy, ale to i tak mało powiedziane. Gdy tu weszła połowa męskiego personelu rzuciła się jej do stóp. Takiego cyrku to ja nie widziałam, jak żyje. I co ona ma jeszcze takiego, że przyciąga płeć przeciwną i nie tylko. Pieniądze multum pieniędzy i to chyba wszystko, bo IQ to chyba ma na poziomie zero. Dzielnie walczyłam z zebrania z niej miar, trzymając w ręku metr krawiecki. Siedziałam tu z nią od ponad pół godziny, a była możliwość skończenia wcześniej. Ale nie! Bo królowa musiała się umówić na kawę ze swoją kumpelą, jak jej tam było... Brook? Mniejsza o to. Po twarzy mojej klientki wywnioskowałam, że szykuje mi się kolejna ciekawa historyjka. Dajcie mi siłę. Błagałam w myślach. -Mam nadzieję, że ta sukienka nie będzie takim niewypałem jak poprzednia. Tym razem będę świecić.
  -Yhy...Jak choinka. -no nie, to miało zostać w mojej głowie. Ostatnim razem jak Lindsey powiedziała jej coś podobnego po pięciu minutach szukała nowej pracy.
  -Mówiłaś coś złociutka?
  -Jestem ciekawa dla kogo chce się pani tak stroić. -to żem się nieźle wpakowała.
  -Niech cię główka nie boli o takie rzeczy złotko. Żeby to pojąć musisz być z tej samej sfery co ja. -jest nadzieja, że nie będę słuchać jej historyjki. -Ale znaj moje dobre serce. -łaskawa. -Mam zamiar uwieść samego Jacksona. -czy ja dobrze zrozumiałam? Że ona chce co? Czułam jak coś we mnie pęka. Gdzieś w okolicy serca. Przecież on nie może być na tyle głupi, żeby z nią coś było. Ale przecież miłość nie wybiera... Przecież to nie moje życie, tylko jego. Ta lafirynda już rozwaliła jedno małżeństwo. Lecz co miałaby psuć w tym wypadku. Co mi odbija? Patrzyłam się tak na nią z rozdziawioną buźką. -Co ja ci mówiłam? Rusz się do roboty, bo świecić nie będę. -ta kobieta działa mi na nerwy. Wróciłam z powrotem do pracy. Po jakiś kolejnych piętnastu ciężkich minutach skończyłam. -Mam nadzieję, że już się nie spotkamy. A tak nawiasem mówiąc mów mi Mad.-powiedziała na odchodnym. Podeszłam do stołu i oparłam się o niego rękami. Nabrałam powietrza w płuca, by chwilę potem wypuścić je ze świstem. Z całego tego jej planu zrozumiałam tylko tyle: "bajecznie bogaty". Coś czuję, że nie wróży to nic dobrego. Pochyliłam się nad kartkami by pospinać je odpowiednio. Gdzieś w między czasie wpadła Steff z wiadomością, że czeka mnie jeszcze jedna osoba do mierzenia. Jaką ja miałam nadzieję, że to nie będzie kolejna lampucera. Wypełniałam metryczki. Do pomieszczenia wszedł zapewne kolejny klient.
  -Dzień dobry. Proszę mi podać książeczkę z projektem i stanąć w tamtym miejscu. -cały czas stałam tyłem do tamtej osoby tyłem. Podała mi książeczkę, a ja przyjrzałam się jej... -Michael? -spojrzałam na niego.
  -Też się cieszę, że cię widzę. -zajął miejsce na podwyższeniu. Spoglądał na mnie tym swoim pełnym radości i życia wzrokiem. Uśmiechał się promiennie. Ubrany w limonkową koszulę, przez której kołnierz były przewieszone jego okulary. Czarne spodnie, mokasyny, no i oczywiście białe skarpetki. Podeszłam do niego z metrem krawieckim w ręku. -Mam nadzieję, że mnie nie udusisz.
  -Żartowniś się znalazł. -powiedziałam trochę ironicznie.
  -Ktoś tu ma zły humor.
  -No ciekawe kto? -wywróciłam oczami. Już miał coś mówić, ale mu przerwałam. -Tylko mi nie mów, że mam tak nie robić.
  -Weź Jenn z tego co pamiętam to wczoraj byłaś jeszcze wesoła. Musiało się coś stać więc...? -skrzyżował ręce na piersi i podniósł prawą brew do góry.
  -Ciężki dzień po prostu.
  -A ja znam na to bardzo skuteczne lekarstwo.
  -Ej, ej... Tyś tu leczyć przyszedł? Bo mi się nie wydaje. -wiedziałam, że ta przymiarka może trwać w nieskończoność. Chyba Mike'owi zaczęło się nudzić, bo wiercił się i przestępował z nogi na nogę. -Mógłbyś przestać?
  -Ale ja nic nie robię. Stoję sobie grzecznie i tyle.
  -Jakbyś mógł jeszcze grzecznie stać byłabym wdzięczna.
  -Dla ciebie wszystko. -przyglądał się moim poczynaniom. Trochę mnie to peszyło gdy majstrowałam przy jego ramieniu.
  -Musisz się tak na mnie patrzeć?
  -Niby jak?
  -Peszysz mnie. -na te słowa się uśmiechnął.
  -A może być tak? -spojrzałam na jego twarz i momentalnie się roześmiałam, gdy zrobił zeza.
  -Bo ci tak zostanie.
  -I co z tego.
  -Oj dużo. -dodałam pod nosem. -Skończyłam! -wykrzyknęłam radośnie. Wróciłam do stolika podpiąć kartki z miarami. Żeby wszystkie spotkania takie były byłoby cudnie.
  -Robisz coś dzisiaj?
  -Nie wiem, ale chyba nie.
  -To świetnie. -uśmiechnął się.
  -Mogę wiedzieć co jest takiego świetnego?
  -Zabieram cię dziś...gdzieś. -ciekawe co on tam wymyślił.
  -Można wiedzieć gdzie.
  -Za dużo chcesz wiedzieć.
  -Taka moja natura. -Uśmiechnęłam się słodko.
  -Co do twojego pytania to niespodzianka. -on wiedział jaka ja jestem ciekawska, więc musiał mnie tym dobić. Chciałam coś powiedzieć czy coś, ale zadzwonił mój telefon.
 -Pozwolisz? -skinął jedynie głową. Wzięłam do ręki długopis i notes. Dzwonił Jimi, więc prawdopodobnie będą dzisiaj zakupy.
  -Halo, Jenn? -usłyszałam ciepły, niski głos w słuchawce.
  -Jimi stało się coś?
  -Dostawa do mnie przyszła i pomyślałem, że chciałabyś coś wybrać póki jest...
  -Kiedy i gdzie.
  -Konkretna z ciebie dziewczyna i to lubię. O 15.00 ci pasuje? Z tego co pamiętam wtedy kończysz. -zapisałam godzinę w zeszycie.
  -Jasne, na pewno będę.
  -Szkoda, że mam żonę, bo...
  -Błagam nie kończ.
  -Pamiętaj kocham cię jak córkę, więc.
  -Tak ja też cię kocham, ale muszę kończyć. -pożegnałam się i nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Co z niego za człowiek. Ma syna, żonę i szcześćdziesiąt lat, a w głowie pstro.
  -To o której mam być gotowa?

niedziela, 12 czerwca 2016

Do you remember... Rozdział 8 part 2

 Hej kochani!!!
Toż to cud, że cokolwiek wstawiłam. Koniec roku i wystawienie ocen za pasem, a ty wszystko próbujesz podciągnąć. Jakoś dałam radę i przybywam. Myślę, że od tej notki wszystko pójdzie z górki. Więc nie przedłużając zapraszam do czytania i komentowania, a anonimowcy niech się ujawnią ;)
Wecia
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


*****
Powiedzmy, że znajdujecie się w nicości.  Nie otacza was nic oprócz ciemności. Jesteście sami. Całkowicie sami, zdani jedynie na siebie. Gdzieś w oddali widzicie nikłe światełko, które jaśnieje coraz bardziej. Wydaje wam się, że ono jest życiodajne. Dochodzi do was dźwięk szumu wody oraz zapach leśnych drzew. Czy ten sen nie jest, aż nadto realistyczny? Co mam zrobić iść w stronę nieznanego światła, czy zostać w miejscu, w którym jest pustka. Zrobiłam to co większość z was, by uczyniła w tej sytuacji. Ruszyłam w stronę " życia".  Jeden krok, drugi, trzeci, czwarty, ale z każdym następnym coś się działo. Poczułam, że coś trzyma mnie za kostki i ściąga w dół. Ciemność mnie pochłaniała. Próbowałam się uwolnić z tego morderczego uścisku lecz z każdym moim szarpnięciem byłam ciągnięta w dół coraz szybciej. Na mojej szyi zacisnęło się coś obślizgłego, imitującego dłonie. Próbowałam krzyczeć, wołać o pomoc, ale żaden dźwięk nie potrafił wydobyć się z mojej krtani. Dusiłam się coraz trudniej było mi złapać powietrze. Tajemnicze światło zaczęło się niebezpiecznie szybko zbliżać. Nie mogłam się ruszyć, nie mogłam zrobić nic. Z jednej dziwna siła ciągnąca mnie w dół, a z drugiej strach.  Światło paliło moją skórę. Było coraz bliżej. Nie było szans, żeby przed nim umknąć. Byłam pewna, że nie uniknę zderzenia z nim. Poczułam ból i ciepło rozchodzące się po całym organizmie, wypełniając każdą komórkę ciepłem. Krzyknęłam przeraźliwie, gdy promień gorąca przeszedł mnie na wskroś. Gwałtownie otworzyłam oczy. Zdałam sobie sprawę, że siedzę oparta o coś twardego. Przejechałam dłonią po powierzchni na której siedziałam. Pod palcami wyczułam pojedyncze źdźbła trawy. Rozejrzałam się po okolicy. Byłam tu, nad jeziorkiem, a tamto było zwykłym koszmarem, które ostatnimi czasy zdarzają się coraz częściej. Przełożyłam dłoń do policzka. Był mokry. Znowu płakałam. Ile w tym miejscu już wylałam łez? Podkuliłam opierając podbródek na kolanach.
  -Dlaczego ty mi to robisz? -wyszeptałam -Nie prościej byłoby się mnie pozbyć? Łatwiej by było gdybym skończyła ze sobą sama, ale nie potrafię. Chociaż jakby nie patrzeć padam z wycieńczenia. Mój sen nie jest snem, nawet tabletki nie pomagają. Tylko czekać aż przedawkuje. -w tym miejscu byłam sama, więc nie bałam się, że ktoś mnie weźmie za wariatkę mówiącą do siebie. -A wiesz co jest najgorsze? -wstałam i kierowałam się w stronę brzegu jeziorka cały czas patrząc w niebo. -Najgorsze jest to, że zostałam z tym wszystkim sama. Przecież sama się o to prosiłam! To ja okłamałam Michaela. Ja zniszczyłam wszystko, jakby nic dla mnie nie znaczył. Ale ty wiesz, że jest inaczej. -usiadłam na ziemi przy samej wodzie. -Wiesz dlaczego go okłamałam? Bo się bałam. Bałam się, że historia się powtórzy i stracę po raz drugi, i jego oraz tych na których mi zależy. Co ja mówię?! Przecież wszyscy odeszli z mojej winy! -nerwowo wyrywałam trawę. -Przecież gdybym nie zagadywała mamy tata nie odwróciłby wzroku od drogi i nie wjechał w tego tira! Gdyby nie moja głupota nie biegałabym boso po mokrych kafelkach, nie poślizgnęłabym się i nie złamała nogi, a w mojego ojczyma nie wjechałby samochód, gdy próbował mnie zawieść do szpitala! To z moje winy zginął.  Gdyby nie moje chore gierki nie skrzywdziłabym Michaela. To wszystko przeze mnie, przeze mnie Emilly umarła, bo nie potrafiłam jej pomóc. Szczerze? Nie zasługuje na życie. Czekam tylko, aż ten durny piorun we mnie strzeli i będzie po sprawie. Skończy się ranienie ludzi, wszystko to co ma związek ze mną, a świat odetchnie z ulgą. -westchnęłam starając się chociaż trochę uspokoić, ale nie potrafiłam. Wyrzucałam z siebie to co tkwiło we mnie od paru dni. -Wiesz co mi powiedział wtedy w szpitalu? Powiedział, że żałuje, że mnie kiedykolwiek spotkał. A wiesz czego ja żałuję? Żałuję, że się urodziłam, że chodzi po tym świecie taka niedorajda jak ja. Żałuję każdego mojego kroku, oddechu, wypowiedzianego słowa. Wiele osób bardziej zasługuje na życie bardziej niż ja. -spuściłam głowę dając łzą swobodnie skapywać. Wykrzyczałam wszystko co mnie uwierało, ale co z tego jeżeli w sercu dalej czuję pustkę i chłód. Mój szósty zmysł wyczuł czyjąś obecność. Jeżeli stał tam od dłuższego czasu musiał mnie wziąć za wariatkę. Nie miałam siły sprawdzić kto to taki, a może po prostu coś mnie powstrzymywało. Podświadomość mi podpowiadała, że nie mam się bać, ani uciekać. Podszedł i usiadł na trawie obok mnie.  Do moich nozdrzy doszedł znajomy zapach perfum, których używa jedna osoba w moim otoczeniu. Dlaczego akurat pomyślałam o Nim? Kątem oka dostrzegłam mokasyny i białe skarpetki. Mógł to być sen, a nawet iluzja, ale tak nie było. Siedział tak obok nic nie mówiąc jakby się zastan

niedziela, 5 czerwca 2016

Do you remember... Rozdział 8 part 1


 "Pozory mylą."

Kolejny ciepły, słoneczny dzień w leśnym zakątku. Czy w takie dni wszyscy powinni być szczęśliwi i cieszyć się życiem, jak i pogodą? Nie w tym miejscu. Wąską dróżką otoczoną zielenią krzewów szła dziewczyna. Jej podkrążone oczy świadczyły o morzu wylanych łez i bezsennych nocach. Delikatne podmuchy wiatru muskały jej bladą twarz, a włosy powiewały igrając z powietrzem. Wyglądała inaczej niż kilka dni temu, jakby osowiała, bez chęci do życia. Prawą dłoń zacisnęła w piąstkę, tak aby nie zgubić przez przypadek białych, podłużnych tabletek. Wokół niej nie było słychać nic prócz szumu liści, który chciał ją zawrócić, odwieść od miejsca do którego zmierzała. Była tu całkowicie sama. Odcięta od świata. Czy nikt z jej bliskich nie zorientował się, że nagle zniknęła? Najwidoczniej nie. Kierowała się w stronę leśnego jeziorka. Usiadła pod jedną z wielu płaczących wierzb, które rosły przy samej tafli wody. Swoim smutnym wzrokiem omiotła to co ją otaczało, jakby się żegnała z tym miejscem, jakby już nigdy nie miała go zobaczyć. Rozchyliła dłoń na której leżały tabletki. Cztery...tyle powinno wystarczyć do zakończenia...ale czego? Spojrzała przed siebie zastanawiając się po co to właściwie robi. Czy nie po to, żeby skończyć z cierpieniem? Niewiele myśląc przytknęła dłoń do ust...połknęła. Połknęła lek, który ma jej ulżyć. Oparła się o drzewo, wyprostował nogi. Po kilku minutach jej powieki stawały się coraz cięższe. Nie potrafiła dłużej walczyć z nadciągającym snem. Ostatnia, samotna łza spłynęła po jej bladym policzku. W jednym momencie jej ciało stało się odrętwiałe. Głowa opadła bezwładnie na ramię, a powieki już się nie podniosły. Wyglądała tak jakby życie uleciało z niej całkowicie. Zasnęła...a wokół zapanował przerażający spokój. Jedynie drzewa zdawały się wołać o pomoc...

*****
Od pięciu dni przesiadywałem w LA. Nie opłacało mi się wracać do Neverland'u, gdy tylko po dotarciu tam byłbym wzywany z powrotem do studia. Poświęciłem się pracy. Wydanie albumu się zbliża, a brakuje jeszcze jednej piosenki. Siedziałem w wynajętym apartamencie razem z Janet. Postanowiłem zrobić jej małe przesłuchanko.
  -Wiedziałaś.